Kukuryku !

Z okazji pysznej jajecznicy na śniadanie, postanowiłem odwiedzić jajodawców, czyli ptactwo lądowe znoszące jajka. Wybór padł oczywiście na Kórnik, jako że z tego co wiem ptactwo mieszka w kurniku. Jak zwykle wziąłem to co zawsze (picie, mapa, aparat), ale niestety nie zabrałem jedzenia. Właśnie przez to wróciłem wygłodniały. Na szczęście w domu czekało na mnie coś na ząb. Niestety zębów mam więcej niż jeden - i nadal pozostałem głodny...

Tak więc zacznijmy wyprawę w poszukiwaniu ptactwa. Zaczęło się bardzo dobrze, pomimo tego, że pewne znaki wskazywały że może być źle. Poniższy znak ukazuje zuooo przez które musiałem przejść. A raczej przejechać.

Zuooo czai się wszędzie. Trzeba je omijać szerokim łukiem. Ja przejechałem centralnie przez nie.

Dbając o zdrowie roweru jak i własne, starałem się omijać wszystkie zatłoczone trasy. Tak też całą drogę jechałem przez różne wsie - Głuszyna, Daszewice, Kamionki, Borówiec, Skrzynki aż do Kórnika. Poniżej widzimy drogę S11 którą przechytrzyłem, i wziąłem ją z boku.

Wielka dwupasmówka która nie wiedziała z kim zadziera.

Jechałem, i jechałem... w końcu dotarłem do celu. Kórnik wygląda na bardzo kolorowe miejsce, - takie właśnie miałem wrażenie patrząc na przydrożne grzędy - kury są bardzo miłe, a koguty nie dziobią. Zrobiłem kilka zdjęć legowisk ptaków, jednym z nich jest poniższy ratusz, który to bardzo mi się spodobał.

Ratusz w Kórniku.

Kolejnym legowiskiem - tym razem kur z rasy koloru czarnego - które wydawało się bardzo duże i bogate na tle innych grzęd, był kościół parafialny pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Chyba właśnie dlatego jest taki duży. Z tego co wiem świętych kur trochę jednak było.

Kościół pw. Wszystkich Świętych w Kórniku.

Następnie spotkałem Tytusa Działyńskiego. Zamurowało go na mój widok i niestety nie pogadałem sobie z nim.

Pomnik Tytusa Działyńskiego też w Kórniku.


W końcu udało mi się dotrzeć do grzędy - matki, czyli do tzw. zamku. Grzęda - matka na mój widok wywiesiła napis z napisem "zapraszamy do zamku". Było to bardzo miłe. Nawet tam jestem popularny.

Nawet ptactwo czyta Bloga Adama P.


A tak właśnie wygląda zamek. Prawdę mówiąc myślałem że będzie większy. I co najgorsze, zapraszali mnie, ale za wstęp zażądali 12 zł. lub specjalnie dla mnie ulgowo 7 zł. Niestety nie dam się robić w balona i pomiatać sobą - na złość im nie skorzystałem z okazji.

Statek - baza - matka z widocznymi głowicami jądrowymi, służącymi do ekspresowego gotowania jajek na miękko.

Ten sam zamek, ale z innej strony.

W pewnym momencie zostałem zaatakowany przez przybyszy z innej planety. Bardzo się bałem, na szczęście miałem ze sobą nóż harcerski, czym skutecznie udało mi się odstraszyć napastnika.

Kroczące postacie z planety Urr.

Wracając w stronę domu, spotkałem kolejną postać. Tym razem nie był to kosmita, a "Strażnik Kamienia". Celem strażnika, jest pilnowanie by kamień był zawsze twardy i świeży. Ten jak widać taki był.

Strażnik Kamienia, zaskakująco podobny do Strażnika Teksasu.

Całość wyprawy zajęła mi 3 godziny i 8 minut - tzn. samego siedzenia na rowerze. Siedziałem przez 60,91 km. Poznałem kulturę i obyczaje kur. Nawiązałem nowe znajomości, poznałem wspaniałe kurczaki. Była to wspaniała przygoda. Również moje podejście do smażonych kurczaków uległo zmianie.

5 komentarzy:

  1. Super!
    Ps. to co nie będziesz jadł smażonych kurczaków ?
    Ps2. gdzie ten wywiad z czukakabrą w Twojej piwnicy ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Z kurczakami to nie wiem, one są takie milutkie.
    A chupakabra jeszcze jest w szoku, nie możemy przeprowadzić z nią wywiadu. Jest na razie pod opieką psychologa, jak dojdzie do siebie to wywiad będzie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie napisane. Nie wiem tylko dlaczego nie wszedłeś do środka - marny z Ciebie lis :). Strona polecana przez serwis www.museo.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie miałem kasy na bilet ;)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.